|
Jak
to się zaczęło na świecie?
"Pradziadek" dzisiejszych
satelitów amatorskich OSCAR-1, został wystrzelony 12
grudnia 1961 roku, o godzinie 20.42 UTC, za pomocą amerykańskiej rakiety
Thor-Agena B, wraz z rekonesansowym satelitą DISCOVERER 36,
wyposażonym w urządzenia do fotografowania.
Nadajnik OSCARA zasilany bateriami chemicznymi, posiadający moc
140 mW doprowadzoną do ćwierćfalowego unipola, nadawał na częstotliwości
145.000 MHz, kluczując kluczem automatycznym słowo "HI",
z częstością zależną od wewnętrznej temperatury na pokładzie.
Sygnały te odbierane były przez radioamatorów na całym świecie
przez 18 dni, aż do wyczerpania się baterii. Potem były jeszcze inne, podobne satelity, należące do tzw. fazy I programu kosmicznego (OSCAR-2, OSCAR-5).
Następcy powyższych satelitów, to tzw. faza II - obiekty umieszczane na podobnych, niskich orbitach kołowych (około 1000 - 2000 km) ale umożliwiające dwustronną łączność pomiędzy stacjami naziemnymi. Były to m.in. satelity OSCAR-6, aOSCAR-7 i OSCAR-8, seria RS-1 do RS-16. Nie można nie wspomnieć o załogowej stacji kosmicznej MIR, na pokładzie której, kolejne załogi miały możliwość przeprowadzania łączności w paśmie 144 MHz. Również amerykańskie promy kosmiczne wykorzystywane były do tego rodzaju eksperymentów.
Faza III, to satelity umieszczane na orbitach eliptycznych, o okresie obiegu rzędu 12 godzin i zapewniające kilkugodzinny dostęp w ciągu dnia oraz łączność ze wszystkimi kontynentami. Przykładem tego rodzaju satelitów był OSCAR-10, OSCAR-13 i ostatni, najnowszej generacji, AO-40.
A
u nas?
W dniu 5 listopada 1972 r., o godzinie 16.51 UTC
została nawiązana pierwsza amatorska łączność satelitarna w Polsce. Przeprowadził ją znany krótkofalowiec z Gdańska, Wiesław
Wysocki SP2DX. Łączność została nawiązana za pomocą satelity OSCAR-6, ze stacją niemiecką DK2ZF. Wydarzenie to zapoczątkowało "podbój kosmosu"
przez licznych amatorów z Polski.. Warto przy tej okazji przypomnieć
warunki, w jakich ów start do łączności satelitarnych miał
miejsce.
Na początku lat osiemdziesiątych prawie całe wyposażenie
stacji amatorskich stanowił sprzęt wykonany samodzielnie lub adaptowany, z demobilu. Do nielicznych wyjątków należeli
posiadacze sprzętu fabrycznego produkcji zachodniej. Sytuacja,
choć niewygodna, zmuszała amatorów do znajomości zasady działania
używanego sprzętu a ilość popularnych opracowań technicznych
w pełni to potwierdzała. Starszym krótkofalowcom nie są obce
takie urządzenia jak konwerter UKF SP2RO, transceivery: SP5WW,
"BARTEK", "TRAPER", "JOWISZ" i inne.
Nie inaczej było z dostępnością informacji. Na rynku czasopism monopolistą był
"Radioamator" z ubogą wkładką poświęconą krótkofalarstwu oraz Biuletyn Polskiego Związku Krótkofalowców. Dopływ
informacji z zewnątrz ograniczony był do czasopism "bratnich
krajów", które po "odsianiu" obowiązkowej części
propagandowej zawierały niekiedy również ciekawe rozwiązania.
Literatura zachodnia dostępna jedynie za dewizy, pojawiała się
czasem dzięki uprzejmości "polonusów" i zaprzyjaźnionych
krótkofalowców spoza "żelaznej kurtyny". Mimo tego,
a może właśnie dlatego, pionierzy łączności satelitarnych
byli w czołówce ówczesnych stacji z Europy, nadrabiając swą
wiedzą niedostatki sprzętowe.
I pomyśleć, że w tych latach o komputerach mówiło się jak o rzeczach "nie
z tej ziemi". Nikomu nie przyszłoby do głowy, że dziś będziemy
mogli zastosować je do naszych hobbystycznych celów. W tamtej dobie już dobry kalkulator wzbudzał sensację i obawy czy aby dzieci będące używać go kiedyś w szkole,
nie staną się matematycznymi analfabetami. Jak więc możliwe
było na owe czasy zajmowanie się takimi "nieziemskimi"
sprawami jak łączności satelitarne, nie mając do dyspozycji
dzisiejszych, coraz to nowocześniejszych i szybszych komputerów,
wspaniałych programów i całej sieci banków danych,
elektronicznych skrzynek pocztowych, Internetu, itp?. Na szczęście
dla ludzkości, człowiek, nie obarczony tym całym technicznym
bagażem odkrył już w przeszłości kilka ważnych praw i opisał
szereg zjawisk (vide Kopernik, Galileusz i inni), posługując się
prostymi metodami.
Ćwierć wieku temu przy wyznaczaniu przebiegu pierwszych satelitów amatorskich dużą
popularność zdobyły tzw. OSCALATORY. Były to, sporządzone
w oparciu o dane pochodzące najczęściej z biuletynu W1AW (oficjalnej stacji ARRL)
krzywki, narysowane na materiale przezroczystym i przymocowane
obrotowo do mapy półkuli północnej. Punkt obrotu znajdował
się dokładnie na Biegunie Północnym.
Krzywka posiadała naniesioną podziałkę czasową, np. co 5 minut oraz określony
początek i koniec. Mapka półkuli północnej była odpowiednio
przygotowana, przez naniesienie wzdłuż obwodu równika skali
czasu, umożliwiającej znalezienie punktu przekroczenia równika
przy wschodzie satelity (tzw. equator crossing lub w skrócie EQX).

Powyższy rysunek pokazuje w pewnym uproszczeniu zasadę budowy OSCALATORA dla
satelitów OSCAR-6 i OSCAR-7. W miejscu odpowiadającym współrzędnym geograficznym naszej stacji, umieszczało się na mapce punkt centralny obszaru słyszalności danego satelity. Dla powyższych satelitów obszar słyszalności a zarazem maksymalny zasięg wynosił ok. 4 tysiące kilometrów. Użyteczny obszar orbity wyznaczony był przez punkty przecięcia krzywki z granicą obszaru słyszalności. Dzięki publikowanym z pewnym
wyprzedzeniem czasom przekroczenia równika i znanej separacji
orbit, można sobie było ułożyć "rozkład jazdy" na
pewien czas naprzód.
Znając EQX, ustawiało się początek krzywki w odpowiednim miejscu na równiku i doliczało czas (odczytany na krzywce), upływający od momentu
przekroczenia równika do wejścia w obszar słyszalności. Dla
obrazowanego przykładu, czas dolotu wynosił ok. 6 minut, czas użyteczny
ok. 20 min. Co pewien czas, podobnie jak dziś, należało zrobić
korektę danych a do każdego z następnych satelitów nową
krzywkę.
|